Jan Franciszek Regis i „Płonąca Świdnica”

Historia dwóch katedralnych obrazów

Wędrując po zakamarkach Katedry co rusz napotykamy jakiś nieznany szczegół lub nieznaną historię z jej dziejów. Tym razem opowiem Państwu historię obrazu, którego nikt nie dostrzega, a który związany jest z dramatyczną historią sprzed 310 lat.

Obraz wisi sobie od trzech wieków, wysoko nad wejściem do zakrystii, pociemniały ze starości i trochę w cieniu, trudno więc dokładnie mu się przyjrzeć, a jeszcze trudniej przeczytać znajdującą się pod nim inskrypcję.

U dołu obrazu, oprawionego w bogato zdobioną, biało-złotą barokową ramę, z wszechobecnym w ówczesnych dekoracjach motywem liści akantu, widnieje podpis: S. Joannes Franciscvs Regis Soc. Jesv. [św. Jan Franciszek Regis, członek Towarzystwa Jezusowego].

Poniżej umieszczono kartusz ze wspomnianą inskrypcją, wyjaśniającą okoliczności ufundowania tego obrazu. Niestety, podczas konserwacji jego ramy niedokładnie zrekonstruowano zapis na kartuszu, co utrudniło zarówno zrozumienie jego treści, jak i odczytanie właściwej daty powstania obrazu.

Po korekcie błędów konserwatorskich, napis powinien przedstawiać się następująco:

eX Voto beatVs Ioannes franCIsCVs regIs soCIetatIs IesV anno beatIfICatIonIs sVae eCCLesIae et CoLLegII grassante InCenDIo InVoCatVs patronVs et proteCtor [Ku czci błogosławionego Jana Franciszka Regisa, członka Towarzystwa Jezusowego, w roku jego beatyfikacji wzywanego jako patrona i obrońcy kościoła i kolegium podczas szalejącego pożaru].

Trzeba wyjaśnić, że wielkie litery, które wydają się bezładnie rozmieszczone w wyrazach, są jednocześnie rzymskimi cyframi i składają się na tzw. chronostych, czyli rodzaj rebusu, skrywającego datę w zsumowanych cyfrach. W tym przypadku suma cyfr daje liczbę 1716, czyli datę tragicznego pożaru Świdnicy, który pochłonął większą część miasta wewnątrz murów obronnych, oszczędzając jednak kościół i sąsiadujące z nim kolegium.

Treść inskrypcji pod obrazem odwołuje się do roli jaką w ochronie budynku kościoła i kolegium jezuickiego przed szalejącą pożogą, odegrało orędownictwo francuskiego jezuity Jana Franciszka Regisa, przedstawionego na tym obrazie.

Jan Franciszek Regis pochodził z południa Francji. Urodził się 31 stycznia 1597 roku w rodzinie szlacheckiej i już od najmłodszych lat odznaczał się pobożnością. Po ukończeniu kolegium jezuickiego w Béziers, mając 19 lat wstąpił do Towarzystwa Jezusowego w Tuluzie. Studiował filozofię i teologię,  odbył także praktykę pedagogiczną. Po przyjęciu święceń kapłańskich w 1630 roku, marzył o wyjeździe na misje do Nowej Francji (obecnej Kanady), lecz wojna trzydziestoletnia, która zdziesiątkowała i podzieliła religijnie całą Europę, wpłynęła na zmianę jego planów. Na polecenie generała zakonu pozostał we Francji i przez pierwsze lata uczył w kilku kolegiach jezuickich.

Ponieważ miał wyjątkową łatwość nawiązywania kontaktów z prostymi ludźmi, został mianowany „misjonarzem wewnętrznym”, którego zadaniem było przywracanie katolicyzmu na terenach zdominowanych przez wyznawców kalwinizmu (francuski odłam reformacji), gdzie podziały między katolikami i protestantami wciąż były bardzo żywe. W kwestiach religijnych był tak nieugięty, że na określenie stanowiska nie uznającego ustępstw i niuansów, kalwiniści ukuli pojęcie „zasady św. Regisa”.

Swoje misje w miesiącach letnich prowadził w miastach, a zimą przemierzał góry jako wędrowny kaznodzieja. Odwiedzał wioski i górskie osady, często zaniedbane i trudno dostępne – tym trudniejsze, że odwiedzał je właśnie zimą, gdy ustawały prace w polu i wieśniacy mieli czas na spotkania religijne. Niósł ludziom pomoc duchową, a często także materialną. Uważał bowiem, że nie można głosić prawd wiary, nie troszcząc się przy tym o potrzeby najuboższych. Inicjował więc akcje charytatywne, które zwał „misją bulionową” (rodzaj kuchni dla ubogich), odwiedzał szpitale i więzienia, pielęgnował chorych, wspomagał biednych, nie zważając na to, jakiego są wyznania.

W lutym 1640 roku otrzymał polecenie powrotu do kolegium w Le Puy, lecz kilka miesięcy później, z nadejściem kolejnej zimy, uparty misjonarz znów podjął swoje górskie misje, które wypełniał bez względu na przeciwności. Zatem 23 grudnia 1640 roku, mimo trwającej śnieżycy, postanowił udać się w góry, by na Boże Narodzenie dotrzeć z posługą kapłańską do małej wioski Lalouvesc. Ta niezłomność kosztowała go życie, bo noc spędził w górach, skutkiem czego rozchorował się na zapalenie płuc i zmarł tydzień później, w sylwestrową noc 1640 roku.

Kilka dni po śmierci Jana Franciszka Régisa do wioski przybyli jezuici, by zabrać jego ciało, jednak mieszkańcy Lalouvesc na to nie pozwolili. Został więc pochowany tam, gdzie zakończył swoją ostatnią misję. Współcześni zapamiętali go jako człowieka łagodnego i pogodnego, a przy tym upartego i niestrudzonego, wysokiego wzrostu (190 cm), lecz wątłego zdrowia, o które zresztą wcale nie dbał. Niewiele jadł i niewiele spał, cały swój czas poświęcając na pracę duszpasterską.

Jeden z hagiografów świętego, ojciec José Leite, tak opisał jego apostolską gorliwość: „Z kijem pielgrzyma i w nędznym płaszczu wędrował po górach i polach, zimą w śniegu, a latem w palących promieniach słońca. Gdziekolwiek był dom do odwiedzenia, cierpienie do złagodzenia, czy serce do pocieszenia i otwarcia na Boga, tam misjonarz zawsze przybywał sobie tylko znanymi, niesamowitymi ścieżkami.”

Został beatyfikowany w roku 1716, a kanonizowany w roku 1737, lecz mimo że zmarł 31 grudnia, jego wspomnienie liturgiczne ustalono na 16 czerwca. Jednak kult „wędrującego misjonarza” rozwinął się na wiele lat przed jego kanonizacją. Bowiem gdy wieść o jego śmierci się rozeszła, do Lalouvesc niemal natychmiast zaczęli ściągać pielgrzymi, a grób misjonarza stał się miejscem cudów i uzdrowień. Półtora wieku po kanonizacji Jana Franciszka Régisa, w Lalouvesc wzniesiono bazylikę, gdzie umieszczono relikwiarz ze szczątkami Świętego.

O świętości Jana Franciszka Regisa świadczyły cuda, które dokonywały się po jego śmierci. Podczas przygotowań do beatyfikacji, przy jego grobie znaleziono rozliczne wota: kule inwalidzkie, woskowe świece w kształcie rąk, nóg i ramion, srebrne serca i wiele obrazów, stanowiących oznaki wdzięczności za uzdrowienia, które dokonały się dzięki jego wstawiennictwu.

I tu powracamy do wspomnianego na początku artykułu obrazu ze świdnickiej świątyni i do straszliwego pożaru miasta w 1716 roku. Zadziwiająca jest bowiem sekwencja dat, które miały pewien związek z tym dramatycznym wydarzeniem, i w jego konsekwencji z ufundowaniem obrazu. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej – w dniu 18 maja 1716 roku – jezuita Jan Franciszek Regis został beatyfikowany przez papieża Klemensa XI, a trzy miesiące później – w niedzielę 23 sierpnia – w świdnickim kościele parafialnym odbyły się uroczystości związane z uczczeniem faktu wyniesienia go na ołtarze. Na drzwiach kościoła wywieszono bullę papieską i przez całą niedzielę odprawiano uroczyste nabożeństwa. W przeciwieństwie do kanonizacji, kult osoby beatyfikowanej nie dotyczy całego kościoła, lecz staje się kultem lokalnym, więc beatyfikacja jednego z jezuitów zawsze jest wydarzeniem wyjątkowym dla całego Towarzystwa Jezusowego.

Dlatego również beatyfikacja francuskiego jezuity Jana Franciszka Regisa była świętowana we wszystkich jezuickich świątyniach, lecz – jak się wkrótce okazało – dla kościoła świdnickiego miała mieć znaczenie szczególne. Bowiem, gdy trzy tygodnie później – w sobotę 12 września – doszło do straszliwego pożaru Świdnicy, w którym spłonęło 165 domów, czyli trzy czwarte miasta, rektor kolegium bez zastanowienia zwrócił się o pomoc do niedawno beatyfikowanego współbrata, Jana Franciszka Regisa. Zawierzył mu opiekę nad kościołem, składając przy tym uroczyste ślubowanie, że jeśli kościół i kolegium zostaną uratowane, to przez dziewięć niedziel każdy kapłan będzie odprawiał dziękczynną mszę świętą, a bracia zakonni będą odmawiać różaniec ku czci Błogosławionego oraz przyjmować komunię.

Cały dramat miasta rozpoczął się w jego zachodniej części i rozegrał się w zaledwie cztery godziny. Silny wiatr błyskawicznie przenosił ogień wśród gęstej zabudowy wewnątrz murów miejskich, docierając wkrótce do zabudowań kościelnych, zatem pożoga kościoła parafialnego wydawała się nieunikniona. Jednak opieka błogosławionego jezuity okazała się skuteczna i wysiłki zakonników, którzy starali się nadążyć z gaszeniem pojawiających się zarzewi pożaru, nie poszły na marne. Kościół i pozostałe budynki ocalały, choć zagrożenie było ogromne, o czym świadczyły nadpalenia dachów w aż 150 miejscach!

Opisany na wstępie obraz nad wejściem do zakrystii, był więc wyrazem wdzięczności świdnickich jezuitów dla Jana Franciszka Regisa, wyrażonej także na kartuszu, na którym przed imieniem umieszczono skrót słowa „święty”, mimo że, jak wiemy, do jego kanonizacji brakowało jeszcze dwudziestu lat. Wdzięczność ta nie ustawała, bowiem gdy w 1737 roku Jan Franciszek Regis został kanonizowany, to w Świdnicy obchody tego radosnego wydarzenia trwały aż trzy dni! Uroczystościom przewodniczył opat z Krzeszowa, a przybył na nie także namiestnik księstwa świdnicko-jaworskiego, hrabia Johann Anton Gotthard von Schaffgotsch.

Warto tu jednak wspomnieć, że po wielkim pożarze w 1716 roku jezuici ufundowali nie jeden, lecz dwa obrazy, lecz ten drugi okazuje się tak samo nieznany, jak pierwszy. Mało kto bowiem wie, że prócz opisanego wcześniej wizerunku św. Jana Franciszka Regisa, z towarzyszącą mu dziękczynną inskrypcją, jezuici sprawili także duży obraz olejny na płótnie, przedstawiający panoramę płonącej Świdnicy. Przedstawiono na nim ogrom tragedii jaka dotknęła miasto. Rozmiar zniszczeń opisuje też gotycka inskrypcja umieszczona pod obrazem (pisownia oryginalna):

„Als Anno 1716 den 12 Septemb. allhier eine so heftige Feuersbrunst entstanden, daß in weniger Zeit die eine seith der Kupferschmiedgasse drei- viertel des Ringes, die Lange- Kroisch- Fleischer- Rosen- weite- Kirch- Gasse, die halbe hohe- und Burg- Gasse, das Zeug- Kauf- und Proviant- Haus- Semmel- Kirschner- Schuhbänke, ein Theil des Rath-Haus und der Schöne Raths Thurm verunglücket und im Feuer aufgegangen, ist dieses Kirchlein des Allerheiligsten Fronleichnam von Christi mitten in dem Feuer nicht ohne wunder unverletzt geblieben, ohne Sprengung der Glocken und ohne Schmelzung des Bleies”.

[Gdy 12 września 1716 roku wybuchł tu tak gwałtowny pożar, że w krótkim czasie budynki po jednej stronie ulicy Kotlarskiej, trzy czwarte Rynku, ulice Długa, Kraszowicka (dziś Trybunalska), Rzeźnicza (dziś Spółdzielcza), Różana, Daleka i Kościelna, połowa ulic Wysokiej (dziś Pułaskiego) i Grodzkiej, budynek arsenału, dom kupiecki i magazyn zbożowy, ławy chlebowe, kuśnierskie i szewskie oraz część ratusza i piękna ratuszowa wieża, uległy zniszczeniu i spłonęły w ogniu, to ten mały kościółek Bożego Ciała w samym środku pożaru ocalał w niemal cudowny sposób, bez pęknięcia dzwonów i bez stopienia ołowiu.]*

Ten duży olejny obraz upamiętniający pożar zawisł w pomieszczeniach ówczesnego kolegium jezuickiego. Niestety, osiemdziesiąt lat po tych dramatycznych wydarzeniach nastąpiła kasata zakonu jezuitów i zamknięcie kolegium, a jezuickie budynki przejęło państwo pruskie. W 1802 roku, decyzją ówczesnych władz jedno skrzydło dawnego kolegium pozostawiono na potrzeby świdnickiej parafii i urządzono w nim plebanię, zachowując przy tym część dawnego wyposażenia, w tym także wspomniany obraz, który pozostawał tam przez kolejne dwieście lat.

Istotna zmiana nastąpiła dopiero po utworzeniu Diecezji Świdnickiej, która przejęła na własność budynek dawnego kolegium, w związku z czym całe wyposażenie plebanii przeniesiono do budynku dawnego szpitala sióstr elżbietanek. Lecz w roku 2023 obraz „Płonąca Świdnica” został poddany konserwacji, po której, decyzją ustępującego proboszcza, został umieszczony w budynku zajmowanym przez kurię biskupią, co czyni go niedostępnym dla Parafian i gości zwiedzających Katedrę.

Opracowanie: Lucyna Szpilakowska

*Aktualne nazewnictwo ulic i obiektów objętych pożarem: Sobiesław Nowotny

 

Kontakt

Świdnicka Fundacja
św. Ignacego Loyoli

Jana Pawła II nr 2-3,
58-100 Świdnica

kontakt@fundacja-swidnicka.pl
sfigloy@gmail.com